------------------------------
O BLOGU:

Blog poświęcony Bogu. Modlitwa. Przemyślenia duchowe. Zwykła codzienność, prześwietlona promieniami Miłosierdzia Bożego. Opowieść o życiu z Bogiem, oczami zwykłej mężatki. Zapraszam!

Nie wyrażam zgody na wykorzystywanie, oraz kopiowanie zdjęć z mojego bloga.

Blog istnieje od 28.02.2012r
Licznik odwiedzin:

Goście on-line:

------------------------------

KONTAKT

NAPISZ DO MNIE


------------------------------

KSIĄŻKI - POLECAM DO PRZECZYTANIA:

"DZIENNICZEK"
Św. s. M. Faustyna Kowalska

"EWA CZUJE INACZEJ"
Jacek Pulikowski

"KROKODYL DLA UKOCHANEJ"
Jacek Pulikowski

"MIEJSCE PŁCIOWOŚCI W MIŁOŚCI"
Jacek Pulikowski

"JAK WYGRAĆ KOBIECOŚĆ. INSTRUKCJA OBSŁUGI"
Marek Dziewiecki

"JAK WYGRAĆ MACIERZYŃSTWO. INSTRUKCJA OBSŁUGI"
Jadwiga i Jacek Pulikowscy

"JAK WYGRAĆ MAŁŻEŃSTWO. INSTRUKCJA OBSŁUGI"
Mariola i Piotr Wołochowiczowie

"JAK WYGRAĆ OJCOSTWO. INSTRUKCJA OBSŁUGI"
Jacek Pulikowski

"O KOBIECOŚCI"
Jadwiga Pulikowska

"JAK BUDOWAĆ WIĘZI W RODZINIE"
Jacek Pulikowski

"OJCIEC REAKTYWACJA
Czyli jak silny facet buduje silną rodzinę
"
Jacek Pulikowski
o. Zdzisław Wojciechowski
Mariusz Tyczyński

"O NAŚLADOWANIU CHRYSTUSA"
Tomasz a' Kempis

"MAMO, TO MOJE ŻYCIE"
H. Cloud, J. Townsend

"WIELORYB NIE MOŻE LATAĆ"
Max Lucado

"POKOCHAĆ ŻYCIE"
ks. Mieczysław Maliński

"PROSTA DROGA DO ZDROWIA"
Stefania Korżawska

"ZDROWIE NA CO DZIEŃ"
Stefania Korżawska

------------------------------









------------------------------
WYSZUKIWARKA

środa, 29 lutego 2012

Wpis z 9 lutego 2012

 

A oto i mój ukochany kotek Puszek. W tym roku skończy 5 lat... .

Puszek jest bardzo wrażliwy. Nie jest typem agresywnego kota, ale raczej tego tulącego się do ramion swoich właścicieli - "pancików" ;-) Gdy tylko znajdzie okazję (np. obiad, siedzenie przy komputerze, czytanie książki), od razu wskakuje na kolana i towarzyszy swoim pancikom... . Wtedy czas staje w miejscu... jest przeszczęśliwy.

Puszek w przeciwieństwie do innych kotów, nie ma swojego "nocnego" kociego życia... on w nocy śpi. Powiem jeszcze lepiej... o określonej godzinie (konkretnie ok. 21:30-22:00) zmusza nas (o zgrozo!) miauczeniem, że już czas iść spać (!). Chodzi wokół łóżka i miauczy, ugniata kołdrę i czeka... . Budzi się tak jak my - rano. Czasami tylko odchodzi od "rutyny" i miauczy w nocy, zazwyczaj wtedy gdy zobaczy za oknem jakiegoś innego kota... .

Jego miłością są pudełka... wszystkie kartonowe pudełka, w których można się schować... .

***

Wczoraj miał traumatyczną wizytę u weterynarza... Tak straszną i dla niego i dla nas, że postanowiłam o tym napisać.

Ostatnio bardzo często się przeziębiał. Nic dziwnego... w domu jest ciepło, wygrzewał się na kaloryferach, a potem miauczał, że chce iść na balkon... a tam mróz. I biedaczyna się załatwił... .

Miał lekki, wręcz minimalny stan podgorączkowy. Troszkę powiększone węzły chłonne i kaszel. Zazwyczaj sam dochodził do siebie po jakimś czasie, ale stwierdziliśmy, że takie samoistne "leczenie" może w końcu źle się skończyć. Pojechaliśmy więc do weterynarza... .

Bał się panicznie mimo, iż to nie była jego pierwsza wizyta u weterynarza. Nie chciał zejść na stół. Pani weterynarz była bardzo szorstka, nie miała w ogóle podejścia do zwierząt... . Wręcz denerwowało ją, że kot ze strachu tulił się do mnie i że tak długo go uspokajam. Ona chciała załatwić "sprawę" szybko i niestety taśmowo... . Nie dawała mi go potrzymać, wszystko chciała robić sama. A przecież wiadomo, że kot boi się obcych i bezpieczniej czuje się gdy właściciel go trzyma. Po zastrzyku i czyszczeniu uszu (przy okazji) kot tak się zestresował, że dostał ataku duszności.... . Zrobił się cały siny... język stał się niebieski...... leżał i dyszał na stole..... . Mąż już wiedział, że trzeba szybko wyjść z lecznicy, bo to wszystko spowodował stres. Kotek dusił się ze strachu przed tą okropną babą... . Ta go jednak pod tlen dała. I to nie pomogło. Było coraz gorzej. Myślałam, że go stracę... . Przyszłam z nim, z lekkim przeziębieniem.... a tu takie coś.

Zabraliśmy kota do samochodu... i co? Uspokoił się po 10 minutach... . W domu już całkowicie doszedł do siebie... . Całą noc go przytulałam. Dziś jest radosny i nic mu nie jest... . Dziękuję Bogu, że przeżył... . Jeszcze kilka chwil dłużej byśmy tam posiedzieli i chyba by zszedł... . Wniosek - uciekać od weterynarzy, którzy odpychają właściciela i chcą wszystko samemu robić bez Twojej (aktywnej!) obecności przy pupilu.

Tagi: kot puszek
08:51, oczy.boga , 6-Prywatne
Link Dodaj komentarz »

Wpis z 23 września 2011

 

Tutaj jest chyba najlepszy artykuł, jaki znalazłam. Jest w nim najwięcej informacji. Polecam.

Uroczystości związane z przybyciem dzwonu do archikatedry i jego chrztem były wzorowane na tych, jakie odbyły się 100 lat wcześniej. "Serce Łodzi", o średnicy 1,6 m i wadze ok. 2,5 tony, wyruszyło do katedry z ul. Piotrkowskiej 217, gdzie kiedyś mieściła się fabryka J. Johna, w której odlano skradzionego później "Zygmunta". Dzwon, w asyście konnego oddziału straży miejskiej, jechał na wozie ciągniętym przez sześć koni.

Chrzest "Serca Łodzi" odbył się przy polowym ołtarzu przed katedrą, gdzie później celebrowana była msza św. Chrzest był jednak nieco inny niż ten sprzed stu lat. "Zygmunt" był bowiem namaszczony olejem krzyżma, zgodnie z obowiązującą wówczas przedsoborową liturgią. W niedzielę arcybiskup metropolita łódzki Władysław Ziółek tylko poświęcił "Serce Łodzi".

"Dzwony mają ścisły związek z życiem ludu Bożego. Ich dźwięk odmierza czas modlitwy, gromadzi lud na sprawowanie czynności liturgicznych, przypomina ważne wydarzenia, które przejmują radością lub bólem miasto, parafię i poszczególnych wiernych. Niech pobożny udział w dzisiejszym obrzędzie uwrażliwi nas na dźwięk dzwonu. Ilekroć go usłyszymy pamiętajmy, że jesteśmy jedną rodziną, która powinna się gromadzić na znak swojego zjednoczenia w Chrystusie" - powiedział Ziółek.

Chrzestnymi "Serca Łodzi" byli przedstawiciele czterech największych łódzkich wyznań: rzymskokatolickiego, ewangelicko-augsburskiego, prawosławnego i judaistycznego.

Proboszcz parafii archikatedralnej ks. prałat Ireneusz Kulesza zachęcał uczestników uroczystości do tego, by uważnie przyjrzeli się "Sercu Łodzi", które "ma płaszcz, zdobiony symbolami i historią".

"Jak przed stu laty jest wizerunek Matki Bożej z orłem na piersiach. Ten znak był symbolem nadziei na odzyskanie wolności w okresie zaborów. Krzyż, kotwica i serce to wiara, nadzieja i miłość. Jest herb miasta. Znajdziemy na nim dziś również wizerunek św. Faustyny - patronki miasta. Jest też herb województwa łódzkiego, herb ojca św. Jana Pawła II, a także herb archidiecezji i arcybiskupa metropolity łódzkiego" - mówił Kulesza.

W górnym otoku dzwonu widnieje napis: "Byt swój zawdzięczam mieszkańcom Łodzi. Istnieniem swym upamiętniam 100. rocznicę fundacji mojego poprzednika. W roku beatyfikacji papieża Jana Pawła II". Całość dzwonu oplata wołanie: "Głosem swym błagam Jezu ufam Tobie".

Dzwon katedralny, zwany łódzkim "Zygmuntem", był przed wojną symbolem miasta, darem łodzian z 1911 roku. Był wówczas drugim co do wielkości dzwonem w Polsce. W jego uroczystym poświęceniu uczestniczyło ok. 60 tys. osób.

Podczas I wojny światowej niemieccy okupanci w 1918 roku chcieli go zarekwirować i przetopić. Wówczas łodzianie przyszli na plac kościelny w jego obronie. Okupowali plac i dzwonnicę przez kilka dni i nocy, dopóki Niemcy nie zrezygnowali; zażądali jednak okupu w postaci metali równych wagą "Zygmuntowi". Łodzianie złożyli mosiądz, cynk, cynę, miedź i ołów o łącznej wadze przekraczającej o 400 kg wagę dzwonu.

Ocalony w I wojnie światowej "Zygmunt" padł jednak ofiarą Niemców podczas II wojny światowej i prawdopodobnie został przetopiony na potrzeby wojska.

Pomysł przywrócenia łódzkiej archikatedrze zrabowanego dzwonu narodził się kilka lat temu. W Łodzi ruszyła społeczna zbiórka funduszy na jego odtworzenie. Pieniądze zbierane były m.in. w największych centrach handlowych. Organizatorzy akcji zorganizowali wśród łodzian dyskusję na temat nazwy nowego dzwonu. Wybrano "Serce Łodzi".

Dzwon został odlany w pracowni ludwisarskiej Helsztyńskich na Śląsku.

(źródło: http://www.gosc.pl/doc/945861.Zabrzmi-Serce-Lodzi)

 

Jak dla mnie jest to niezwykły dzwon. Jego pierwsza nazwa to "Zygmunt" jak Dzwon "Zygmunta" z katedry wawelskiej. I to, że w tamtych czasach był drugim co do wielkości dzwonem po "Zygmuncie" z Krakowa. Obecnie największym dzwonem w Polsce jest Dzwon "Maryja Bogurodzica" z Bazyliki Matki Boskiej Licheńskiej w Licheniu.

Wpis z 23 września 2011

 

A wszystko zaczęło się od Łodzi......

,,Godzina już zaczęła szarzeć, ludzi było mało w katedrze,
nie zwracając uwagi na nic, co się wokoło dzieje, padłam krzyżem przed
Najświętszym Sakramentem i prosiłam Pana, aby raczył mi dać poznać,
co mam czynić dalej...Wtem usłyszałam te słowa: 
Jedź natychmiast do Warszawy, tam wstąpisz do klasztoru."

(św. s Faustyna Kowalska Dz.9, 10)

 

Po raz kolejny (zainicjowana przez miasto Łódź) odbędzie się "Koronka na ulicach miast świata" - 28 września 2011 o 15:00

oddając się całkowicie Bożemu Miłosierdziu wołają: Jezu, ufam Tobie!
Od czterech lat, tego samego dnia i o tej samej porze stajemy na rogach ulic zatłoczonych miast, uśpionych miasteczek i wiejskich rozdrożach, aby prosić Boga o miłosierdzie dla nas i całego świata.
Nazwaliśmy tę akcję apostolską: „Koronka do Bożego Miłosierdzia na ulicach świata”.
Tego dnia wielu pokornie staje na chodniku, skrzyżowaniu ulic, by samotnie,
w parze lub w małej grupie odmawiać tę świętą modlitwę.

(źródło i Zapisy: http://www.iskra.info.pl/)

Wpis z 23 września 2011

 

18 września 2011 roku o 21:37 byłam tam... przy Katedrze łódzkiej, przy samym dzwonie. Słyszałam jego dźwięk, patrzyłam jak dzwoni... wzruszyłam się.

W 100 rocznicę powstania dzwonu Łodzi "Zygmunt" - zabrzmiał jego następca "Serce Łodzi".

"Historia dzwonu sięga 1911 roku kiedy to został kupiony przez mieszkańców Łodzi na zwieńczenie dzieła budowy kościoła pod wezwaniem św. Stanisława Kostki. 25 czerwca 1911 r. Zygmunt – bo takie otrzymał imię – został ochrzczony.

Podczas I wojny światowej, kiedy Niemcy chcieli skonfiskować dzwon, łodzianie stanęli za nim murem: trzymali przy nim straż, a na jego wykupienie zebrali 400 kg więcej metali niż ważył.
Podczas II wojny światowej, gdy okupanci rekwirowali dzwony spiżowe, w obronie Zygmunta stanął ówczesny proboszcz. Niestety, świątynię zamknięto i urządzono w niej magazyny wojskowe, Zygmunt zaś został potajemnie wywieziony i ślad po nim zaginął.
Ks. Ireneusz Kulesza, obecny proboszcz katedry, po latach znów doprowadził do powrotu dzwonu. Łodzianie zebrali potrzebne na niego fundusze – ponad 400 tys. zł. Został odlany w ludwisarni pod Gliwicami. Wczoraj dzwon, dla którego mieszkańcy wybrali nazwę Serce Łodzi, w uroczystym orszaku konnym, niczym sto lat temu, został przetransportowany przed katedrę. Na tymczasowej dzwonnicy będzie się znajdował do czerwca przyszłego roku. O godz. 21.37 dzwon zabił po raz pierwszy" (http://www.fakt.pl/Serce-lodzi-znow-zabilo,artykuly,115224,1.html 19 września 2011)

"Serce Łodzi" ożywili patroni honorowi, członkowie komitetu przywrócenia dzwonu i świadkowie poświęcenia. Cztery liny, które rozhuśtały dzwon, pociągane były także przez tych łodzian, którzy stali najbliżej konstrukcji z dzwonem. Dokładnie w godzinie śmierci Jana Pawła II "Serce Łodzi" uderzyło mocnym, głębokim dźwiękiem cis. Głos katedralnego dzwonu brzmiał przez pięć minut, budząc także do życia dzwony z innych łódzkich parafii. „Serce Łodzi” waży 2,5 tony, ma wysokość 1,6 m i szerokość u podstawy 1,68 m. Do czerwca 2012 roku będzie wisieć na tymczasowej dzwonnicy. Na wieży katedralnej zostanie zamontowany z okazji 25 rocznicy wizyty Jana Pawła II w Łodzi. Dopiero wtedy będzie też można regularnie słuchać głosu dzwonu. (http://www.katedra.lodz.pl/news,cae8a9eedbca146bfa6b2515b46fe6e8,%22Serce+%A3odzi%22+-+podsumowanie.html)

SERCE ŁODZI

Wpis z 31 sierpnia 2011

 

Co ja bym bez Niej zrobiła... w smutku i oschłości, znów sięgam po dzienniczek św. Faustyny i czytam... i znów przychodzi ochłoda dla duszy, cisza, spokój, ukojenie... . Co ja bym bez Boga zrobiła... nic. On wszystko daje i zabiera. W jednej sekundzie może zasłonić mi oczy, zabrać wszystko i tak uczyć, że sama z siebie nic uczynić nie mogę. Uczyć, abym jeszcze bardziej pragnęła być przy Nim. Sama bez Boga nawet z żalu wyjść nie mogę. On daje ukojenie duszy... . Od Niego wszystko zależy. 

Jak ciężko być stałym w Bogu. W każdym cierpieniu być jednakowo pokornym i oddanym Bogu. Po ludzku to niemożliwe... ale liczą się intencje. Starania aby się zmieniać i być lepszym, nawet jeśli to ostatecznie nie wychodzi - starać się. Człowiekowi nigdy nie uda się ogarnąć Miłości Boga, Jego Miłosierdzia i wielkiej cierpliwości do nas. Tego się pojąć nie da... . Jednak tym bardziej Go kocham i mam w sercu bojaźń przed tak Wielkim i niepojętym Majestatem. Tyle ile potrafię, tyle Go kocham i staram się pojąć.

Św. Faustyna. Ze wszystkich świętych to Ona jest najbliższa memu sercu. Polecam przeczytać Jej "Dzienniczek", to prawdziwa uczta dla duszy i lekcja nieugiętej, głębokiej i prawdziwie czystej wiary.

 

Wpis z 29 sierpnia 2011

 

Kolejna Niedziela minęła... i przyniosła kolejne kazanie, które staram się zrozumieć i spełnić w sobie. Była mowa o sensie cierpienia. Ludziach, którzy żyjąc w dostatku zapominają o Bogu, oraz o tych, którzy cierpią i starają się to cierpienie ofiarować Bogu. Wtedy ono ma sens... . Aby cierpienie miało sens... - co to znaczy? No właśnie... co to znaczy.

Wiedzieć, że wszystko co mnie spotkało, było w planie Bożym, ale jednocześnie mieć świadomość, że niepowodzenia, które mnie spotkały w skutek mojego braku zaangażowania we własny rozwój/życie/sprawy były po prostu moim własnym zaniedbaniem, a nie "wolą Boga". Nie można wszystkiego zrzucać na Boga. Bardzo często ludzie, których spotyka ciężka choroba zaczynają się nagle modlić, później umierają... a rodzina ma pretensje do Boga. Gdy jednak przyjrzymy się ich życiu... okazuje się, że tak naprawdę nie dbali o swoje zdrowie, rozwój wewnętrzny, a Bóg nigdy ich nie interesował, zwłaszcza Ten, ukryty w drugim człowieku.

Rodzina mówi"przecież chodził/a do Kościoła, na pielgrzymki. Nikomu nic złego nie zrobił/a. Był/a taki/a dobry/a" - Czy na pewno...? W moim otoczeniu była taka osoba, chora na raka, która dla rodziny była "idealna", a jednak - potrafiła się mścić, nie umiała wybaczać, z pogardą i ironią opowiadała o innych, którzy ją irytowali - oczywiście w gronie rodziny znajdowała zawsze oparcie i potwierdzenie swoich tez. Jak to bywa w "kółku wzajemnej adoracji", zaślepiona rodzina nie rozumie do tej pory - "dlaczego Bóg zabrał tak dobrą osobę... Przecież oni wszyscy w rodzinie tak się kochali" - nie ważne, że wszystkich naokoło potrafili zdeptać i zmieszać z błotem... tylko dlatego, że ktoś nie spełnił ich oczekiwań i miał odmienne poglądy/zdanie.

Widziałam też innych ludzi, którzy cierpiąc narzekali jeszcze bardziej, pili jeszcze więcej, kłócili się "bo nic nie ma sensu" - bo nic nie ma sensu. Czyli "sens" jest ważny. Nie tyle sam „problem”, co "Sens" istnienia. Czy wystarczy go poznać, aby już żadne cierpienie nas nie ugięło? Myślę, że tak... . Jeśli moim sensem istnienia jest Bóg i niemożliwe do opisania pragnienie zbawienia, życia po śmierci w Jego wiecznej Miłości, to łatwiej mi docenić życie i przyjmować niepowodzenia z większym dystansem. Łatwiej mi dostrzec każdy najmniejszy drobiazg i to, co jest w nim ukryte. To, że każdy gest, myśl, wszyscy i wszystko się liczy... Jeśli zrobiłam wszystko co było w mojej mocy, aby było „dobrze” i nie „zawaliłam” nic - pogodziłem/am się, wybaczyłem/am, naprawiłem/am itd., a mimo to spotyka mnie cierpienie – ofiarować je Bogu. Wiedzieć, że to cierpienie ma swój kres. Cokolwiek mnie spotka, cokolwiek się stanie - wierzyć, że to było w planie Bożym i miało głębszy sens... Starać się widzieć "sens". Nie narzekać. Starać się być dobrym nie tylko na zewnątrz, ale i w swoich myślach, słowach, zmianie charakteru... Cierpieć z godnością.

Poczuć pokorę... poczuć swoją słabość i zaakceptować ją. Pogodzić się, że nie zawsze mam rację i często jestem w błędzie. Nie walczyć za wszelką cenę... aby udowodnić swoje racje i zmusić innych, by je zaakceptowali... . Nie być upartym i umieć się przyznać do błędu. Umieć się zaczerwienić ze wstydu i przeprosić. Umieć słuchać, mówić i czuć. Pogodzić się z tym, że nie zawsze uda mi się spełnić powyższych, oraz innych cennych obietnic i postanowień... . Modlić się........ modlić o czyste myśli i serce. O właściwe rozeznanie problemu/sprawy.

 

1 ... 6 , 7